Muszę od tego zacząć – gdy wyszła długo reklamowana i oczekiwana Heartopia, od razu się podekscytowałam. Ta gra miała mieć wszystko, co jest oczekiwane od cozy gry – uprawę farmy, zbieranie rzeczy, wytwarzanie nowych przedmiotów i dekorowanie. Grafika też miała powalać na kolana – super słodkie 3D postacie, jeszcze bardziej urocze dekoracje do domu i cukierkowy świat. Gra została wydana na urządzenia mobilne i PC, jednak jej największą wadą, która od razu mnie odrzuciła, był brak wsparcia dla jakichkolwiek kontrolerów. Sterowanie było KOSZMARNE.
Starsand Island w mojej opinii to ksero Heartopii i innych cozy gierek, za to z pełną obsługą kontrolerów Xbox i DualSense. To jej duży plus, nie można temu zaprzeczyć. Grę można zdobyć na Steamie i w sklepie Microsoftu, czyli jest grywalna na Xboxach i komputerach. Cena to około 130 zł, ale jest też dostępna w ramach subskrypcji Game Pass Ultimate. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że to dopiero Early Access tej gry, więc mogą zdarzyć się jakieś bugi.
W Starsand Island wcielasz się w postać powracającą po latach na rajską wyspę. Masz dość zabieganego miejskiego życia i chcesz wyczilować powracając do korzeni – brzmi znajomo? Tak, większość cozy gierek używa podobnego scenariusza. Starsand Island się pod tym względem nie wyróżnia. Przybywasz na wyspę, poznajesz swojego przewodnika i odwiedzasz starych znajomych.
Gra naprawdę ma wszystkie klasyczne cozy mechaniki – kolekcjonowanie przedmiotów, wytwarzanie nowych, dekorowanie, eksplorację, uprawę farmy, łowienie ryb, nawet podobno jest jakiś system walki dalej (ale niezbyt trudny oczywiście). Ja jednak do walki nie zdążyłam dotrzeć – grałam w Starsand Island półtorej godziny i… poczułam, że to mi wystarczy.
Plusy, które zdążyłam zauważyć, to bardzo estetyczna grafika balansująca na granicy 2D i 3D – postacie są rysunkowe w stylu anime, ale sterowanie i operowanie widokiem jest zdecydowanie 3D – i jest okej! Gdyby nie to, że podczas pierwszej sesji miałam buga uniemożliwiającego mi skakanie i zapis gry, oceniłabym obsługę samej gierki wyżej niż „okej”. Zaletą jest także to, że save’y można robić w dowolnym momencie, chyba że masz, wlaśnie, buga.
Gra wydaje się bardzo rozbudowana, chociaż same historie wydają mi się zbyt płytkie, żeby rozpatrywać ją w kategorii RPG. Jest to dobra symulacja, zdobywanie licencji na każdą z cozy aktywności jest w miarę zajmujące. Mechanika zbierania przedmiotów i kraftowania także mi się spodobała.
A co z minusów?
Wszędzie jest DALEKO. Postacie z gry, u których trzeba zaliczać questy, są totalnie rostrzelone od siebie na mapie, i, o ile nie wynajmiesz skutera, żeby się nim poruszać, dojście do nich może zająć Ci pół dnia.
Guide. Do części questów prowadzi Cię „za rączkę”, a w niektórych w ogóle nie pomaga. Nie mam pojęcia, jak by to można było wypośrodkować, ale takie uśrednienie wiele by zmieniło.
Nie do końca wiem, dlaczego mnie to odrzuciło, ALE każda z postaci jest przedstawiana w taki sposób, jakby zaraz z nią można było flirtować w grze. Rozumiem potrzebę interakcji między graczem a NPCami, ale dajcie spokój, dosłownie wszyscy są przedstawieni w jakiś dziwnie sensualny sposób. Brr, wzdryga mnie trochę, jak o tym myślę.
Podsumowując, prawdopodobnie powiedziałabym więcej o tej grze, gdyby mnie wciągnęła i gdybym grała w nią dłużej niż 1,5 godziny. Niestety podczas gry czułam wobec niej taką obojętność, że szkoda mi było poświęcić na nią więcej czasu.
